Jak diagnoza raka u naszego ukochanego psa zmieniła nas na zawsze

Jechałam samochodem i poczułam wpatrujące się we mnie oczy, wręcz świdrujące. Obejrzałam się. Mój mąż siedział na siedzeniu pasażera i trzymał naszego psa Olivera. Owinięty w koc Oliver wydawał się taki wątły i odległy, mimo że był tuż obok.

Patrzył na mnie takim smutnym, zagubionym wzrokiem. Czy to się dzieje naprawdę? Wiedziałam, że to była ostatnia podróż Olivera do weterynarza. Oliver spojrzał na mnie jakby wiedział  „Już czas, mamo”.

A kiedy to piszę, łzy płyną tak, jakby to się właśnie stało. To było 20 marca 2016 roku, kiedy nasz piękny ukochany wyżeł weimarski zmarł. To był drugi raz, kiedy straciliśmy zwierzę towarzyszące, ale dotknęło mnie to inaczej. Oto, czego nauczyłem się o jego rzadkim raku, radzeniu sobie z diagnozą i pożegnaniu.

To się wydarzyło niespodziewanie

W naszym domu zawsze było sporo zwierząt, psy, koty, chomiki, ptaki, rybki. Przez te wszystkie lata straciliśmy wiele z nich z powodu starości lub choroby. Zanim Oliver zmarł, poprzedni pies odszedł po 17 latach ze starości.

Zawsze dbaliśmy o wizyty u weterynarza, badania kontrolne i wszystko, co było potrzebne dla naszych zwierząt. We wrześniu tego roku Oliverowi należał się zabieg dentystyczny. Ponieważ miał około 7 lat, potrzebował badań krwi i EKG, zanim został poddany znieczuleniu. Badanie krwi wykazało, że enzymy wątrobowe Olivera były wysokie, więc nasz weterynarz, przepisał mu leki na kilka dni przed planowanym dentystą. Podczas gdy Oliver był pod narkozą, zrobił zdjęcie rentgenowskie.

Okazało się, że w pobliżu wątroby Olivera znajduje się guz wielkości piłki baseballowej. Doktor skonsultował się z nami i powiedział, że uważa, że jest to nowotwór hemangiosarcoma. Zostaliśmy skierowani do specjalisty i natychmiast umówiliśmy się na wizytę.

Oliver był bardzo smutny przez całą drogę do szpitala. Wyglądało to tak, jakby wiedział coś, czego my nie wiedzieliśmy. W poczekalni było pełno ludzi i ich ukochanych zwierzaków, a także wiele napięcia.

Chirurg, z którym się spotkaliśmy, zrobił więcej zdjęć rentgenowskich i usg, na którym widać było guza. Zasugerował usunięcie, ponieważ może on pęknąć.

Wiedzieliśmy, że musimy zrobić wszystko, co konieczne, aby wyleczyć Olivera. Był niezwykle przywiązany i zakochany w naszej całej dużej rodzinie.

Oliver trzymał się mojej nogi, gdy technik weterynarii próbował go zabrać. Czułam się okropnie, bo nigdy wcześniej nie widziałam, żeby to robił. Technik weterynarii musiał go ode mnie odepchnąć. Powiedziano nam, żebyśmy poszli do domu i wrócili później na wizytę.

Do tego czasu węzeł w moim żołądku, który zaczął się na początku tego koszmaru, nadal się powiększał.

Prognoza

Guz wewnątrz Olivera rozprzestrzenił się prawie wszędzie i był naczyniowy. Nie mogli go usunąć z obawy, że Oliver wykrwawiłby się na śmierć. Zanim go zaszyli, zrobili biopsję. Mój pies był na oddziale intensywnej terapii, gdzie otrzymywał transfuzję krwi i walczył o życie.

Powiedziano nam, że możemy go odwiedzić później tego wieczoru, ale tylko na chwilę.

Tego wieczoru przyjechaliśmy i czekaliśmy, co wydawało się wiecznością, aż wezwano nas, abyśmy go zobaczyli. Oliver wyglądał na takiego słabego i żałosnego. Jego ciało musiało zaakceptować transfuzję krwi. Szepnęłam tylko: „Kocham cię, Oliverze. Musisz przez to przejść. Proszę, proszę, wytrzymaj”.

W drodze do domu zapytałam: „Dlaczego to zrobiliśmy?”. Mąż odpowiedział: „Gdybyśmy nie zrobili operacji, a on by pękł, zastanawiałabyś się, dlaczego nie zrobiliśmy operacji”. To była sytuacja bez wyjścia. Przez całą noc dzwoniliśmy, aby sprawdzić, co z Oliverem.

Następnego dnia pozwolono nam spędzić pół godziny z Oliverem sam na sam w pokoju. Przeszedł on poważną operację i chociaż cieszył się na nasz widok, Oliver nie był już Oliverem.

Trzeciego dnia odebrałam telefon od jednego z weterynarzy. Wyniki biopsji potwierdziły, że Oliver ma hemangiosarcoma. Z wszystkich rozmów z lekarzami wynikało, że rokowania są poważne.

W momencie wykrycia mięsaka naczynioruchowego jest już zazwyczaj za późno. Nie ma w zasadzie żadnej nadziei. Oliverowi dawano czas od jednego do dwóch miesięcy bez chemioterapii i może do sześciu miesięcy z chemioterapią.

Z chemioterapią musiałby ciągle wracać do szpitala, miejsca, którego się obawiał, aby poddać się leczeniu, które nie miało go „wyleczyć”. Oliver miał przez to umrzeć. Po rozważeniu wszystkich informacji i biorąc pod uwagę wiek Olivera, zdecydowaliśmy się nie poddawać go chemioterapii. Nie chcieliśmy aby przechodził przez taką mękę w dodatku nie rozumiejąc dlaczego mu to robimy.

Gdyby był młodszy i istniała nadzieja, podjęlibyśmy ryzyko związane z tak ciężkim leczeniem. Niestety nie mieliśmy takiej nadziei.

Powrót do domu

W końcu przywieźliśmy Olivera do domu. Najbardziej obawialiśmy się, że umrze sam w domu, podczas gdy my będziemy w pracy. Nie chciałam, żeby Oliver myślał, że go porzuciliśmy i żeby cierpiał, i odchodził w samotności. Na szczęście właśnie urodziła się nasza wnuczka i było nas trochę więcej w naszym domu.

Rozmawiałam z weterynarzem, żebyśmy wiedzieli, czego możemy się spodziewać. Z każdym dniem apetyt Olivera pogarszał się. Próbowaliśmy wielu różnych pokarmów, aby zachęcić go do jedzenia. W niektóre dni jadł, a w inne ledwo patrzył na jedzenie. Dostawał leki na nadciśnienie co trochę poprawiło mu nastrój.

Jednego dnia jadł trochę, a następnego kręcił nosem na jedzenie. I tak w kółko. Przez kilka dni był ożywiony, a potem znów opadał z sił. Wychodziliśmy z Oliverem do lasu, który bardzo lubił i przez kilka minut wyglądał jak dawniej. Szczekał na psy i biegał, jak to miał w zwyczaju. Przez następne miesiące pomyślałem: „Wróciłeś!”.

To był ostatni raz, kiedy Oliver szczekał.

Pod koniec siódmego miesiąca od diagnozy Oliver przestał jeść, po trzech dniach przestał pić. W sobotę zaczął się chwiać na nogach, wieczorem przestał chodzić. W niedzielę mój żołądek był w najgorszym stanie. W tym momencie Oliver nie chciał nawet wstać, żeby pójść do toalety. Znosiliśmy go do ogrodu. Około godziny 22.00 poczułam zimne łapy Olivera. Jego dziąsła były zupełnie białe. „Myślę, że Oliver umiera,” powiedziałam. „Nadszedł czas, aby się pożegnać i zadzwonić do doktora.

Nigdy nie zapomnę spojrzenia Olivera, gdy prowadziłam samochód

Zanieśliśmy Olivera do gabinetu, gdzie czekał doktor. Położyliśmy Olivera na stole do badań, a doktor go sprawdzał. Oliver odchodził od nas. Jego oddech był bardzo ciężki. To był ten straszny czas. Trzymałam się Olivera tak mocno i powiedziałam mu, jak bardzo go kocham. I tak w kółko. Może gdybym ścisnęła go wystarczająco mocno, cofnęłabym czas. Ale tak się nie stało. Byliśmy przy nim, trzymaliśmy go, gdy wydawał ostatnie tchnienie, tak głęboko z miłością patrzył nam po raz ostatni w oczy.

Postanowiliśmy pochować go w naszym wiejskim ogrodzie, gdzie spędził swoje najpiękniejsze młodzieńcze lata, gdzie biegał bez wytchnienia i ciągle nam uciekał na swoje samotne wędrówki. Całą godzinną drogę do domu byłam zalana łzami, obok na miejscu pasażera leżał zawinięty w koc Oliver, wyglądał jakby spał, był nadal taki kochany i piękny, teraz gdy to piszę nadal płyną mi łzy….. on na zawsze pozostanie w naszych sercach, wspominamy go nieustannie, był wspaniałym rodzinnym psem, wpatrzonym we wszystkich członków rodziny, często wpadają nam w ręce zdjęcia rodzinne, a na nich jest zawsze przy nas Oliver….

Nigdy Cię nie zapomnimy!